ROZWÓD A WYCHOWANIE DZIECI

Matka szuka w swoim pragnieniu zrozumie­nia i oparcia u dzieci, które jednak nie mogą go jej dać. Powierza im swoje problemy i obarcza je może nimi, poz­bawia je pewności i poczucia bezpieczeństwa, którego potrzebują. Albo zatraca wychowawczy dystans do nich, szuka u nich pociechy oraz delikatności, nie dostrzegając, że one same potrzebują pomocy i prowadzenia. Mogą z tego wyniknąć nie tylko problemy wychowaw­cze natury ogólnej, ale o wiele poważniejsze zaburzenia identyfikacji. W normalnej sytuacji dziewczynka identyfi­kuje się z matką, a chłopiec z ojcem. Jeśli brak przeciw­nej roli drugiej płci, może to stać się problematyczne. Także inne bliskie osoby, krewni lub przyjaciele, mogą posłużyć jako taki model identyfikacyjny. Szczególnie dramatyczna staje się sytuacja, kiedy matka dopuszcza, by także jej potrzeby erotyczne wpływały na jej stosunek do dzieci. To właśnie może być przyczyną nadmiernej więzi starszego syna z matką, która go uzależnia i często wywiera wpływ na późniejszy wybór partnerki i przebieg małżeństwa, jeśli nie wręcz uniemożliwia zawarcie związ­ku. Nieświadomie też matka nierzadko wykazuje skłon­ność do zatrzymania dzieci dla siebie, przyciągnięcia ich i przeciwstawienia się każdemu rywalowi, za jakiego uważany jest rówieśnik dziecka. W odniesieniu do synów, przyjaciółki i koleżanki postrzegane są jako bezpośred­nie rywalki. W stosunku do córek odnosi się to o tyle, że w wyniku rozczarowujących doświadczeń z własnym mę­żem obraz mężczyzny w pamięci kobiety, a przez to we wzorach wychowawczych, ulega zaciemnieniu.

NATURALNIE NARZUCONY KIERUNEK

Pragnie ko­goś, kto okazałby jej ludzkie zainteresowanie, czyj głos przełamałby samotność, czyje ucho nakłoniłoby się ku jej słowom. Kogoś, kto objąłby ją, kiedy zatęskni za czuło­ścią, swoją delikatnością i siłą odpędziłby wszelki strach i :zwątpienie. W sposób niesprawiedliwy nasze społeczeń­stwo ciągle jeszcze przyznaje mężczyźnie wszystkie moż­liwe swobody, a od wdów i kobiet rozwiedzionych ocze­kuje, aby z dnia na dzień stały się istotami pozbawionymi płci, chociaż to właśnie one, w przeciwieństwie do wielu niezamężnych kobiet, przynajmniej przelotnie zaznały mi­łości i małżeńskiego szczęścia. Konwenans często zmusza je do tłumienia naturalnej energii seksualnej i zdolności bycia kobietą lub przynajmniej do skierowania swych potrzeb w innym kierunku. Jako ten kierunek narzucają się w naturalny sposób dzieci. Uchodzi to za pożądane i na pewno w wielu wy­padkach jest rozsądnym rozwiązaniem dla kobiet i pomo­cą dla nich. Jeśli zmniejszona nowa rodzina zbliża się do sie­bie, wspólnie pokonuje nową sytuację, wszyscy zaintereso­wani mogą odnaleźć drogę do siebie w życzliwej odpowie­dzialności. Także kiedy nieobecny ojciec (czasem także nieobecna matka) uchyla się od współodpowiedzialności za dzieci, co tak często ma miejsce, samotnie wychowujące­mu je rodzicowi przeważnie nie pozostaje nic innego, jak przejąć obie role — ojca i matki. Skutkiem może być nie tylko wspaniały, bliski kontakt z dziećmi, ale także nad­mierna więź.

ROZWÓD I JEGO SKUTKI

Rozwód zakłada bądź co bądź decyzję, a decyzja oznacza jasność i możliwość nowego początku po fazie pełnej konfliktów, uwikłań i poniżeń. Wprawdzie wielu rozwodzących się przeżywa jeszcze roz­wód jako osobiste niepowodzenie i klęskę. Właśnie zre­formowane prawo powinno jednak wyraźnie wskazywać także szanse, które mogą być związane z tym krokiem — szansę nowego początku. Jeśli chodzi przede wszystkim o negatywne skutki rozwo­du, są one przeważnie znacznie dotkliwsze dla kobiety i dzieci niż dla mężczyzny. Postęp w dziedzinie wolności i tolerancji, który umożliwia rozwód, jest prawie nie­dostrzegalny w społecznej ocenie tego faktu i następują­cych sankcjach wobec jego stron. Podczas gdy mężczyz­na przeważnie może żyć sobie dalej w sposób bardziej niezależny, kobieta często jest izolowana i dyskryminowa­na. Często wykluczą się ją ze wspólnoty żon i mężów, nie ma ona ukształtowanej, zacnej i szanowanej roli wdowy, ani też zapewnionego bytu. Nie może też liczyć zbyt mocno na wsparcie krewnych, przyjaciół i sąsiadów, zwłaszcza że część z nich przeważnie zostaje odcięta wskutek rozwodu i odsuwa się wraz z partnerem. Rozwiedziona kobieta zdana jest na łaskę i niełaskę innych. Potrzebowałaby kogoś, kto dałby jej pewność, natchnął odwagą do samodzielnego zmagania się z ży­ciem, wychowywania dzieci — jeśli są — i często teraz także z konieczności do zarabiania pieniędzy.

OCZEKIWANIA ŻYCIOWE

Oczekiwania życiowe ludzi wzrosły. Małżeństwo aż po grób jako zawarte wcześniej przetrwałoby przeważnie około 50 lat. To w historii małżeństwa stosunkowo nowe zjawisko. Jeszcze 150 lat temu małżeństwo trwało prze­ciętnie 12 lat. Powodem tego nie były rozwody, tylko wy­soka śmiertelność kobiet w stosunkowo młodym wieku. Dziś żyjemy dłużej, ale rozwijamy się szybciej, zmieniamy się i dlatego codziennie ponosimy ryzyko rozwoju w przeciwstawnych kierunkach. Cierpi na tym naturalnie także stabilność małżeństwa. 50 lat z tym samym partne­rem — to dla wielu wyzwanie ponad siły, które objawia się w statystykach rozwodowych.Mimo wszystko znaczenie małżeństwa w życiu człowieka współczesnego nie zmalało, a raczej jeszcze wzrosło. Niestety, nie wyraża się to jednak odpowiednim do niego przygotowaniem. Młodzi ludzie często zawierają związki bez namysłu. Można je zawrzeć prawie bez żad­nych warunków. Rozwiązanie przychodzi z dużym tru­dem. Zawierając małżeństwo w wieku niedojrzałym, jak to zwykle bywa w naszym społeczeństwie, nie jesteśmy w każdym razie w najmniejszym stopniu przygotowani do trudności partnerstwa, do psychicznego obciążenia tak bliskiego współżycia, do odpowiedzialności ekonomicz­nej, do konsekwencji prawnych i oddziaływania seksual­nego. Na tym tle liczba rozwodów wydaje się jeszcze wręcz zdumiewająco niska. Nie można też zapominać, że roz­wód nie musi być koniecznie tylko katastrofą, ale też oznaczać prawdziwą ulgę.

GLOBALNA OCENA

Oceniając jednak globalnie, wyższa gotowość do rozwodu nie może być w żadnym wypadku identyfikowana z odejściem od mał­żeństwa, bo jednym z głównych powodów rozwodów jest wysoka wartość przywiązywana dziś przez partnerów do małżeństwa. Większość w krótkim czasie zawiera ponowny związek. Rozwód w tym aspekcie oznacza nawet coś w ro­dzaju milczącej wysokiej oceny małżeństwa jako takiego.Próba uchwycenia i uporządkowania tych przyczyn wydobywa na światło dzienne wiele czynników odpowie­dzialnych za większą dostępność i częstotliwość dzisiej­szych rozwodów, w porównaniu z czasami naszych rodzi­ców i dziadków. Oto te czynniki sprawcze:Nasze społeczeństwo stało się bardziej otwarte i   ruchliwe. Łatwiej niż kiedyś spotykają się także partne­rzy wywodzący się z rozmaitych środowisk, jeśli chodzi o wykształcenie i pochodzenie, język, wyznanie i przeko­nania polityczne, zawód i zainteresowania pozazawodo- we. Ponieważ jednak małżeństwo jest tym stabilniejsze, im więcej wspólnych wartości wnoszą do niego partne­rzy, mobilność ta zagraża małżeństwu i wpływa na jego niestabilność.  Partnerzy, przede wszystkim jeśli pracują w róż­nych miejscach i mają odrębne zainteresowania, spędzają stosunkowo mało czasu ze sobą, a kiedy już są razem, są w tym czasie dostatecznie zajęci integrowaniem napięć wynikających z oddzielających ich faktów i ustawicznym budowaniem mostów. Dodatkowy efekt „rozszczepiający” wywołuje zwłaszcza poznawanie innych ludzi, potencjal­nych partnerów w trójkącie.

KULT HOBBY

Większość mężczyzn ożywia się natomiast, gdy zagadnąć ich o hobby. A większość z nich ma jakąś wieżę Hi-Fi, kolejkę elektryczną, model samolotu czy tylko własny sa­mochód, pucowany co sobotę. Nakład czasu i środków na dziecięce upodobania mężczyzn graniczy już z kultem religijnym. Kobieta rychło czuje się odstawiona na boczny tor i niepotrzebna, kiedy mąż wykrada się do klubu maj­sterkowiczów czy związku hobbystów. Dni i tygodnie spędza bez słowa na wędkowaniu na brzegu rzeki, upra­wia szybownictwo, czy też jako niedzielny kapitan pływa w łajbie. W szczęśliwym przypadku może mu ona pomóc lub nawet być równorzędną partnerką, ale przeważnie w tej konkurencji nie wypada dobrze i wkrótce może tyl­ko sama poświęcić się jakiemuś hobby, które ją również pochłonie. Nie jest to oczywiście, mimo wszystko, dobre rozwiązanie, ale kiedy już się zakorzeni, wynikają z niego nawyki i stany posiadania, od których trudno jest dobro­wolnie odwieść mężczyznę. Najgorsze jest to, że fakt, za którym część kobiet tęskniła przez większość czasu — że mężczyzna też czasem może być słaby — okazuje się nieznośny, kiedy już nastąpi. Nieważne, czy chodzi o płaczliwość i drażliwość w czasie zmagań z katarem, czy o zaburzenia potencji i związane z nimi wykręty, które powodują zamieranie życia seksual­nego — mężczyźni podobno trudniej ulegają słabości, ale kiedy już to się stanie, dają temu wyraz tak uparcie i dłu­go, że kobieta traci ochotę do życia.

MĘSKIE NIECHLUJSTWO

Mężczyzna zabiegający o względy kobiety starannie się ubiera, wriąże nienagannie krawat, kupuje nawet kwiaty, rano i wieczorem czyści zęby i codziennie zmienia bieliznę. Kiedy osiągnie cel swoich zabiegów , powracają stare, złe nawyki. Wydaje mu się, jakby spod troskliwej opieki ma­tki z lat dzieciństwa przeszedł pod nową — matki wieku męskiego. Ta jednak — w każdym razie jako nowoczesna wyemancypowana kobieta — ma za cel wszystko inne niż opieka i matkowanie, oczekiwanie na męża, rola jego praczki, kucharki i sprzątaczki. Mężczyźni ze zdumiewa­jącą łatwością przyzwyczajają się do rozrzucania wszyst­kiego naokoło — przyzwyczajeni, że ktoś inny za nich posprząta, do pozostawiania pełnych popielniczek, nie- pozmywanych naczyń i do zapominania o świeżej bieliź- nie. Partnerskie rozwiązanie tych problemów wymaga stałej troski oraz liczenia się z upartymi nawykami i od­powiednio twardymi przejawami oporu.Występuje ostro, kiedy matka jeszcze żyje i nie rezygnuje ze swych pretensji do syna. Może wówczas rozegrać się bardzo nierówna walka. Matka stara się o względy, roz­pieszcza i przekupuje, telefonuje, zaprasza, oferuje azyl w konfliktach. Młoda żona jest wobec tego często bez­radna i zauważa z czasem, że jej partner znakomicie wy­korzystuje położenie: wobec niej chće występować jako osoba samodzielna i niezależna.

DLA MĘŻCZYZNY

Dla mężczyzny między czterdziestką a pięćdziesiątką „życie się zaczyna” lub jest on „w najlep­szych latach”, kobieta w tym samym wieku „nie jest już najmłodsza”, „obłazi z niej farba”. Mężczyzna o siwych skroniach „dobrze wygląda” lub „jest interesujący”, ko­bieta z tą samą ozdobą jest „już stara” lub wręcz „babcią”. Jeśli mężczyzna rządzi w domu jest „głową rodziny” lub „panem domu”, jeśli inicjatywa należy do kobiety jest ona „Ksantypą ’ lub „to ona nosi spodnie”. Mężczyzna zawsze prowadzi „rozmowy”, niezależnie od tego czy w biurze, czy w barze, kobieta „paple” albo „trajkocze”. Jeśli męż­czyzna flirtuje w towarzystwie jest „uroczy i miły”, jeśli coś takiego robi kobieta, może się zdarzyć, że zostanie uznana za „lekkomyślną”, a jej zachowanie za „niestosowne”. Jeśli mężczyzna nie dba zbytnio o pieniądze jest „wspaniało­myślny”, „ma gest”, kobieta w tej samej sytuacji „nie umie się obchodzić z pieniędzmi”. Jak długo społeczeństwo będzie zdominowane przez mężczyzn, błędy mężczyzn będą spotykać się z większą wyrozumiałością niż wady kobiet. Sformułować można w każdym wypadku 10 wad, które dostrzegają mężczyźni u kobiet lub kobiety u mężczyzn — niezależnie od tego, czy je oni mają.

W PROCESIE WYCHOWANIA

Często w procesie wychowania dziewczynki „trzyma­ne są krócej”, nie wolno im — tak jak chłopcom — wspi­nać się na drzewa i czołgać w rozpadlinach ziemnych, wracać do domu w brudnych i podartych rzeczach, jak to czyni „normalny chłopak”. Dziewczynki natomiast powin­ny pomagać matce w kuchni, doglądać młodszego ro­dzeństwa i „być grzeczne”. Wpaja im się lęk przed oto­czeniem, przed „złymi chłopcami” i spycha we współ­zawodnictwie płci na ostatnią pozycję. Z samej budowy organów płciowych wyciąga się wniosek o podporządkowanej roli kobiety. Przez tysiące lat sądzono, że mężczyzna przy zapłodnieniu składa za­lążek dziecka ze swym nasieniem do łona matki, która go tylko przyjmuje i pozwala mu wzrastać. Dopiero od 1827 r., kiedy to odkryto komórkę jajową, wiadomo, że kobieta w równym stopniu bierze udział w zespoleniu komórek rozrodczych i uczestniczy swymi cechami dziedzicznymi w wyposażaniu dziecka w jego cechy. Jeszcze jednak kil­ka lat temu teolog i lekarz Rudolf Affemann pisał: „Od­miennej formie anatomicznej narządów płciowych męż­czyzny i kobiety odpowiadają różnice ich istoty. Członek męski predestynuje mężczyznę do wnikania, wydania na­sienia i wycofania. Postać żeńska służy do przyjmowania zamykania, do zatrzymania, przechowania. Funkcje te nie są ograniczone do samego aktu płciowego. Warunku­ją one zasadniczą postawę mężczyzny i kobiety”.

Dobrym miejscem na „zakup” osoby płci odmiennej jest sklep z interesującymi tę płeć artykułami

Choć panie mogą nie mieć żadnego interesu w sklepie z komputerami, narzędziami dla majsterkowiczów czy sprzętem sportowym, warto tam zajść, bo znajdziecie cały asortyment panów. Panom z kolei może się wydawać, że do kwiaciarni zachodzi się tylko po bukiet dla mamy z okazji urodzin, ale czyż nie jest to idealne miejsce, gdzie o każdej porze można spotkać piękną kobietę? Nieważne, w jakim sklepie jesteście starajcie się dostrzec atrakcyjnych klientów i nawiążcie rozmowę pod pretekstem prośby o radę. Albo przesuńcie się w pobliże osoby, która wpadła wam w oko, i udawajcie zainteresowanie oglądanym przez nią towarem. Śmiało, zacznij rozmowę: „Przepraszam, czy sądzi pan(i), że to rzecz w dobrym gatunku?” Podczas zakupów w supermarkecie też można zagadnąć klienta, który robi sprawunki w danym dziale. Należy przy tym podkreślić bliską więź z osobą, dla której zamierzasz coś kupić matka, brat, siostra. Zagadnięty ucieszy się, że jego pomoc tyle dla ciebie znaczy. Sam fakt, że pytasz o konkretny przedmiot na przykład specjalny typ piły, jakiej szuka twój brat jest okazją do zawarcia znajomości. Nigdy nie wiesz, czy przypadkiem jakiś przystojny wysoki brunet nie podsłucha twojej rozmowy ze sprzedawcą i nie zaoferuje pomocy. Często się zdarza, że wypytywanie o towar staje się okazją do poznania naprawdę ciekawych ludzi. Spróbuj i przekonaj się przy następnych zakupach.

ROZUMIENIE MAŁŻEŃSTWA

Zmniejszenie się liczby dzieci oddziałuje nieko­rzystnie na stabilność małżeństwa. Nie musi to oznaczać, że dzieci czynią małżeństwo szczęśliwszym, ale czynią je wyraźnie stabilniejszym, ponieważ odpowiedzialność za wspólne dzieci wiąże partnerów mocniej i trwalej. W ostrym kryzysie trudniej się rozstać, kiedy są dzieci. Oczywiście właśnie w kryzysie obecność dzieci może też być szczególnie dotkliwa.  Rozumienie małżeństwa zmieniło się. Z namaszczo­nej sakramentami instytucji boskiej, ale także z obarczo­nej przez idealistyczną doktrynę civitas instytucji pań­stwowej, wręcz podstawy i zalążka państwa i społeczeń­stwa — przekształciło się ono w intymną wspólnotę skła­dającą się z dwóch jednostek. Wzajemne uczucia, gwałto­wność wzajemnej miłości są dziś dla większości jego czynnikami konstytutywnymi, a nie baza gospodarcza, ani nadrzędna wola —czy to natury sakralnej czy państwowej, czy też określana przez rodziców i tradycję. Z pewnością odpowiada to rozumieniu wolności i dojrzałości dzisiej­szego człowieka, równocześnie jednak pozbawia go po­czucia bezpieczeństwa. Nowoczesne małżeństwo może pod wieloma wzglę­dami być szczęśliwe, pozostaje jednak pod coraz silniej­szym wpływem stresu, wywołanego zwiększonymi — jeśli nie nadmiernymi — wymaganiami. One właśnie decydu­ją, że tak wiele małżeństw będzie nieszczęśliwych. Szcze­gólnie oczekiwania seksualne stopiły się w nowy przy­mus osiągnięcia powodzenia. W swoim oddziaływaniu jest on mniej przygnębisijący niż należące raczej do prze­szłości zahamowania i stłumienia seksualizmu. Właśnie z tego wynika jednak wiele napięć między partnerami, których sami nie potrafią przezwyciężyć.

ROZWÓD — BANKRUCTWO CZY NOWY KURS?

Nie tylko nowoczesne, ba, nowomodne dążenie do samo­realizacji, lecz także inne czynniki przyczyniły się do po­jawienia rozwodu jako masowego zjawiska społecznego, które powinno być ujmowane nie tylko z indywidualnych punktów widzenia i mierzone indywidualnymi miarami, ale widziane na tle przekształconego społecznego, psy­chicznego i obyczajowego stanu rzeczy. Krytyczni obserwatorzy epoki mają słuszne podstawy do pytania o przyczyny gwałtownego wzrostu liczby roz­wodów. Częściową odpowiedź daje sama ich statystyka. Według niej ich liczba w RFN nie rozkłada się regularnie w całym społeczeństwie. Najniższy poziom przypada na obszary wiejskie, zwłaszcza na katolickim południu Nie­miec, najwyższy jest w wielkich miastach protestanckiej północy. Małżeństwa urzędnicze rozwodzą się dziesięcio­krotnie częściej niż małżeństwa wiejskie. Rozwody par­tnerów wyznania ewangelickiego są trzykrotnie liczniej­sze niż katolików, a liczbę tę przewyższają tylko wskaźniki dotyczące par bezwyznaniowych lub mieszanych. Małżeń­stwa zawarte w bardzo młodym wieku rozwodzą się zna­cznie częściej. A wszystkich rozwiedzionych par to mał­żeństwa bezdzietne lub posiadające jedno dziecko, acz­kolwiek udział małżeństw wielodzietnych wśród rozwo­dzących się podwoił się w ostatnich latach z 1% do 2% ogó­lnej liczby. Prawie A wniosków rozwodowych składają kobiety, które nie tylko są stroną bardziej uzależnioną, ale w ostatnim czasie także zarazem świadomie i już nie tak bezwolnie i bezbronnie cierpiącą. Wzrost liczby rozwo­dów oznacza także coś w rodzaju wyzwolenia się od mał­żeństwa traktowanego jako dozgonne.

ODMIANY IDEALIZMU

W istocie możemy być na to przygotowani, że po fazie tej osobliwej odmiany idealizmu, wynoszącej nieznane własne „ja” jako najwyższy ideał, nastąpi rozczarowanie i   bolesne poznanie, że nie ma już niczego, co warto, i że bycie sam na sam ze sobą nie oznacza wcale najlepszego towarzystwa. Nietrudno jest przepowiedzieć nową histo­ryczną fazę nihilizmu, w której już się przygotowuje od­czuwalne nawet dziś poszukiwanie sensu i głębszej jego realizacji we własnym życiu, które — jak Bóg da — do­prowadzi do duchowej odnowy. Jako jej hasło wyborcze i   formuła pokojowa mogłoby posłużyć zdanie żydowskie­go filozofa religii Martina Bubera: „Przeciwieństwem przymusu nie jest wolność, lecz przywiązanie”.Jeśli kiedyś było tak, że jeden drugiemu musiał służyć często jako niewolnik, nie oznacza poprawy fakt, że dziś nikt już nie chce służyć drugiemu. Biblijne: „służcie sobie darem, który każdy otrzymał”, byłoby hasłem bardziej konstruktywnym, jedynym pomostem między walczącymi aż do unicestwienia stronami i często rozpraszającymi się w drobiazgach jednostkami. Stara żydowska mądrość głosi: „Bóg nie stworzył ko­biety z głowy mężczyzny, aby on jej rozkazywał, nie stwo­rzył też kobiety ze stóp mężczyzny, aby była jego nie­wolnicą, stworzył kobietę z boku mężczyzny, aby była bli­ska jego sercu”. To zakłada nowe porozumienie obu płci i   nieporównanie większą ostrożność i szacunek we wzajem­nym obejściu.

ŹLE ROZUMIANA SAMOREALIZACJA

Dopiero wśród nich staje się sobą. Dlatego jest na nich zdany, musi im być posłuszny i powinien się też przyczyniać do ich realizacji. W ten sposób miłość same­go siebie spełnia się w miłości drugiego człowieka, sa­morealizacja w oddaniu, zgodnie z biblijnym mottem: „Kto kocha swoje życie, utraci je, a kto je dla mnie utraci, odnajdzie je”. Wydaje się, jakby w naszych postchrześcijańskich i   zarazem postmarksistowskich czasach ta podstawowa zasada dialektyki zaginęła i padła ofiarą krótkowzrocznej jednostronności samorealizacji. Nikomu to nie służy — a już najmniej samorealizacji tych, którzy dążą do tego celu z chorobliwym fanatyzmem. Kto ze źle rozumianej, bo absolutyzowanej samorealizacji uczyni swego idola, jest według artykułu Konrada Adama „sam ze sobą” („Frankfurter Allgemeine Zeitung”, 22.3.1986) i nie ma mu czego zazdrościć. „Bez przerwy chce się »sprawdzać«, wszędzie ma nadzieję się »odnaleźć«: zawsze tylko sie­bie. W najlepszym wypadku jest to denerwujące, w naj­gorszym smutne, w każdym jednak nudne. Bo jedynkę można mnożyć przez jeden tysiące razy, rezultat jest i po­zostaje ten sam — jedynka”. Można by dodać: a każda liczba pomnożona przez zero daje zero. Gdzie bowiem nie ma nic, samorealizacja stanie się tylko zwierciadłem próżni i w ten sposób wrotami do nihilizmu.

PRAWDZIWY PROBLEM SAMOREALIZACJI

W tym tkwi praw­dziwy problem samorealizacji: kto poświęca się kontem­placji własnego pępka, kto stara się tylko odkrywać i od razu realizować możliwości własnego »ja« zatraca się w samym sobie, wyobcowuje się ze świata, staje się w końcu niezdolny do działania we właściwym znaczeniu tego słowa i przechowuje się zamiast się sprawdzać. Sprawdzić się można jednak tylko w odniesieniu do obiektu, do bliźnich, do świata. Słusznie nie tak dawno temu znany kiloński profesor pedagogiki Theodor Wilhelm zalecał w celu rzeczywistej samorealizacji: „odstąpić raz całkowicie od siebie i oddać się całkowicie sprawie”. To przybliżyłoby bardziej do pożądanego celu niż nieprzer­wane zapatrzenie w siebie i egocentryzm. Tym samym, podobnie jak Goethe, wskazuje on na strukturalną dialek- tykę „ja”: siebie samego można kochać jedynie kochając drugiego człowieka, realizować siebie tylko tworząc coś i   przekształcając myśli w czyn, ale także pracując nad sobą i spełniając w sobie nadchodzące z otaczającego nas społeczeństwa nakazy. Jest to dialektyczny proces między „ja” i „ty”, między jednostką i społeczeństwem, który spełnia dopiero bogactwo ludzkich możliwości. Człowiek jest istotą wymagającą dialogu. On sam nie może się zrealizować. Może tego dokonać tylko we współpracy i w zmaganiach z innymi. Bez tych innych jest niczym.